Z tej ziemi…, cz. 1
Pierwsza część wspomnień Izabelli Krańskiej koncentruje się na osobie jej matki Anieli oraz jej problemach związanych z wychowaniem i edukacją córek dorastających w międzywojennej Polsce i poszukiwaniem odpowiedniego mieszkania. W trakcie tułaczki po różnych polskich miastach Aniela trafiła m.in do Warszawy, gdzie wraz z dziećmi zamieszkała w kamienicy. Do pomocy w domu zatrudniła przypadkowo napotkaną na ulicy dawną służącą. Bardzo szybko rozczarowała się jednak co do zatrudnionej kobiety. Zastraszona jej porywczym i aroganckim zachowaniem (służąca sprzedawała po kryjomu drobiazgi należące do Anieli) była zmuszona usunąć ją z mieszkania przy pomocy policji. Służąca nie pozostała jej jednak dłużna, zawarła spółkę z pomocnikiem dozorcy kamienicy i pod nieobecność rodziny okradła ją z całego dobytku: „Pani Aniela pozbawiona została […] wszystkiego, co jej dotyczyło, a nie miała tego wiele, tylko niezbędne rzeczy. Od dnia kradzieży natomiast stała się wprost nędzarką, bo już nigdy nie mogła uzupełnić swojej garderoby, nigdy nie miała za co...” (k. 27r). Bardzo złą sytuację egzystencjalną Anieli pogorszyła dodatkowo ciężka choroba córki Elżbiety (pseudonim autorki) oraz problemy zawodowe jej męża, zdeklarowanego przeciwnika obozu sanacyjnego, który z powodu swoich poglądów politycznych nie mógł znaleźć stałego zatrudnienia. Nie mogąc pozwolić sobie na utrzymanie w stolicy, matka autorki postanowiła przenieść się na Pomorze, gdzie zastał ją wybuch II wojny światowej.
Pierwsze miesiące wojny Aniela spędziła wraz z córkami w Toruniu, gdzie dowiedziała się o śmierci męża i utracie wszystkich dochodów przez jej ojca. Pozbawiona środków do życia, została zmuszona do podjęcia pracy, aby móc utrzymać swoją rodzinę – siebie, dwie córki i niedołężnego ojca. Znaczna część dalszej narracji dziennika została poświęcona napięciom pomiędzy rodzinami polskimi a familiami volksdeutschów. Obszerną część wspomnień wypełnia opis realiów pracy przymusowej Polaków oraz ich relacji z żołnierzami sowieckimi. Z jednym z nich autorka dziennika zawarła bliższą znajomość: „Jeniec, z którym Elżbieta dzieliła się chlebem, miał na imię Grisza, był zapewne Białorusinem, umiał po polsku. Zaczepił ją kiedyś, bardziej swą postawą niż słowami, prosząc o chleb – i tak jakoś weszło w zwyczaj. Codziennie po przerwie obiadowej czekał zaczajony w sieni przed wejściem do głównej hali lub za kamieniem w szlifierni. Widziała, jak jego ponure oczy rozjaśniały się… Czuła, że jest jej wdzięczny. Zawsze czyniła to z wielką obawą i – jakoś udawało się… Potem Elżbieta – widząc, jak ładne jeńcy robią pierścionki z kawałka metalu, poprosiła Griszę, by zrobił taki dla niej, na co on chętnie się zgodził. Wkrótce otrzymała żółty pierścionek z różowym kamykiem, a Grisza – od niej chleb z kaszanką” (k. 147r). Ostatnie karty wspomnień dotyczą ewakuacji Niemców na zachód, a także sytuacji pędzonych przez nich przed frontem jeńców alianckich.