Dwa listy i notatka na temat Ilse Glinickiej
Dwa listy i notatka na temat Ilse Glinickiej. Notatka, sporządzona na podstawie informacji otrzymanych od Anny Branickiej, była załącznikiem listu z dn. 3.01.1990 r.
Dwa listy i notatka na temat Ilse Glinickiej. Notatka, sporządzona na podstawie informacji otrzymanych od Anny Branickiej, była załącznikiem listu z dn. 3.01.1990 r.
Autorka relacjonuje, że przyjechała do Kraju Krasnojarskiego w poszukiwaniu swoich dzieci. Wcześniej udało jej się ustalić, że zostały one wywiezione do jej teścia pod opieką Stanisławy Knurowej. Opiekunka ta jednak nie dowiozła dzieci do celu podróży. Po drodze, na stacji pod Gorkowem, oddała syna Błażejewskiej komendantowi obozu karnego Pierożyńskiemu, a córkę – nauczycielce polskiego pochodzenia. Autorce nie udało się odnaleźć córki. Natomiast nawiązała kontakt z Pierożyńską, która za wszelką cenę chciała zatrzymać dziecko.
Wspomnienie ma formę życiorysu, a dokładnie – opisu fragmentu życia autorki, związanego z działalnością opozycyjną i polityczną. Iwona Różewicz pisze, że urodziła się w Warszawie i studiowała na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego (ale nie uzyskała stopnia magistra). Była dziennikarką i redaktorką wydawniczą. W latach 80. pracowała w Bibliotece Centralnej Polskiego Związku Niewidomych. W momencie pisania życiorysu była zaś współpracownikiem czasopism wydawanych przez PZN. Była członkiem „Solidarności” od września 1980 r.
Tekst opowiada o losach rodziny autorki i dziejach firmy prywatnej, założonej tuż po wojnie.
Autorka opisuje dzieje handlu i rzemiosła w Nakle nad Notecią od zakończenia II wojny światowej do końca lat 70. XX w. Do napisania wspomnień, jak przyznaje we wstępie, sprowokowała ją audycja radiowa Krystyny Bednarz pt. „Prywaciarze”, wyemitowana w „Programie III Polskiego Radia” w kwietniu 2001 roku. Janina Nowak przyznaje, że sama nie pochodziła z rodziny handlowców, ale swe życie po wojnie związała z handlem, poczynając od podrzędnych stanowisk w sklepie (sprzątaczki czy pomocy ekspedientki) aż do kierownictwa w handlu spółdzielczym.
Jest to opowieść o kilkudziesięcioletnim istnieniu warsztatu ślusarskiego Franciszka Marciszewskiego znajdującego się w Warszawie przy ul. Łuckiej 10. Autorka jest córką właściciela. Wspomina początki działalności ojca sięgające lat 30. XX w. Po ośmioletniej pracy u prywatnego właściciela zapragnął wreszcie pracować na własny rachunek. W 1936 r. wynajął lokal przy ul. Łuckiej 10 i założył warsztat tokarsko-mechaniczny. Interes rozwijał się dobrze. Franciszek zapewniał swojej rodzinie w miarę dostatnie życie. Jako jedyny w kamienicy mógł sobie pozwolić na samochód już w 1938 r.
Autorka pisze o sklepie mięsnym, który jej rodzice prowadzili po wojnie w centrum Chełma Lubelskiego. W piwnicach domu, w którym się mieścił, znajdowały się wszystkie maszyny potrzebne do produkcji wędlin. Ojciec autorki był mistrzem masarskim. W 1952 r. rodzice musieli zlikwidować sklep, ponieważ „prywaciarz” nie mógł prowadzić takiej działalności. Przejęło go PSS „Społem”, a rodzice otrzymywali bardzo niski czynsz. Urządzenia do wyrobu wędlin zniszczały. W 1985 r. ojciec sprzedał sklep za niską cenę, bo PSS „Społem”, jako wieloletni użytkownik, skorzystało z prawa pierwokupu.
Janina Kiwała opisuje wojenne losy swojej rodziny. Urodziła się w 1904 r. w Nowosielcach, pow. Przeworsk. Wychowała się na wsi w wielodzietnej rodzinie chłopskiej. Po wyjściu za mąż zamieszkała w Drohobyczu. Urodziła dwóch synów: Franciszka i Eugeniusza. W 1939 r. wkroczyli najpierw Niemcy, wtedy Ukraińcy masowo mordowali Polaków. Rodzina autorki musiała uciekać do miasta. Po tygodniu tereny te zajęli Rosjanie i nakazali wrócić do swych domów. Państwo Kiwała zastali wszystko zrujnowane, mieszkanie doszczętnie ograbione i zdewastowane, powybijane okna, poprzewracane piece.
Autorka opisuje losy rodziny Domańskich w czasie II wojny światowej. Ojciec był przez ostatnie lata przed wojną sołtysem i komendantem „Strzelca”. Po wkroczeniu Rosjan w 1939 r. został zatrudniony w miejscowej gminie jako sekretarz, bo znał język ukraiński. Początkowo było w miarę spokojnie, ale NKWD stopniowo aresztowało i wywoziło Polaków. Sytuacja pogorszyła się w lutym 1940 r. Wieczorem 11 lutego znajomy Ukrainiec powiadomił ich, że są na liście do wywózki. Mieli czas, żeby się przygotować i spakować potrzebne rzeczy.
Urszula Lindner opisuje pierwsze powojenne lata w Szczecinie. Urodziła się i mieszkała w Toruniu. Do Szczecina przyjechała z koleżankami we wrześniu 1945 r., kiedy usłyszała, że potrzebni są ludzie młodzi, znający język niemiecki do odbudowy Szczecina i że teraz to będzie polskie miasto. Podróż z Torunia wagonami towarowymi trwała dwa tygodnie. Po dotarciu na miejsce były zszokowane widokiem, wszędzie gruzy, wypalone domy. Zatrzymały się na początku u kolegi, który przybył tu już wcześniej. Było niebezpiecznie.